Dwie szpile, które znalazły się w duchowej mogile...
Blog > Komentarze do wpisu

Wielkie żarcie, czyli jak ujarzmić wiedźmina

Pozostajemy w klimacie rybnych uciech, choć tym razem w wersji siermiężnej. Najpierw tło:

„Wiedźmin siedział na piasku wśród wiklin, ponury, zły i zamyślony. Patrzył na kormorany siedzące na obsranym drzewie.

Cahir po rozmowie znikł w krzakach i nie pokazywał się. Milva i Jaskier szukali czegoś do zjedzenia. W przygnanej prądem łodzi udało im się odkryć pod sieciami miedziany kociołek i kobiałkę warzyw. Zastawili w przybrzeżnej rynnie znalezioną w czółnie wiklinową wierszę, sami brodzili przy brzegu i tłukli kijami w wodorosty, by napędzić do pułapki ryb. Poeta czuł się już dobrze, chodził z bohatersko zabandażowaną głową dumny jak paw.

Geralt był zamyślony i zły.

Milva z Jaskrem wyciągnęli wierszę i zaczęli kląć, albowiem zamiast spodziewanych sumów i karpi, wewnątrz srebrzyła się i trzepotała drobnica.”

 

Dla wszystkich fanów sagi wiedźmińskiej oraz dla kompletnych laików przepis na jedyną w swoim rodzaju zupę rybną. Potrzebny będzie jeden wiedźmin – chmurny i ze skazą w sercu, ogólne cierpienie wypisane na pysku, gardzący tak przyziemnymi sprawami jak jedzenie, żal patrzeć. Dalej przystojny i obłędny rycerz, jeden poeta, wampir i łuczniczka – humory niezgorsze, ale za to głodne wejrzenia i wynikła stąd kreatywność.

„Wampir odszedł, dołączył do Jaskra i Milvy. Podczas zmiany opatrunku cała trójka debatowała, co by tu zjeść. Milva wytrząsnęła z wierszy drobnicę i przyjrzała się jej nad wyraz krytycznie.

- Nie ma co medytować – powiedziała. – Trza nadziać te małe karaluchy na witki i upiec je nad żarem.

- Nie – pokręcił świeżo obandażowaną głową Jaskier. – To nie jest dobry pomysł. Rybek jest za mało, nie najemy się nimi. Proponuję, by ugotować z nich zupę.

- Zupa z ryb?

- Jasne. Mamy kupę tego drobiazgu, mamy sól – Jaskier ilustrował wyliczanie odginaniem kolejnych palców. – Zdobyliśmy cebulę, marchew, pietruszkę, seler z nacią i kocioł. Po zsumowaniu otrzymujemy zupę.

- Zdałoby się trochę przypraw.

- Och – uśmiechnął się Regis, sięgając do torby. – Z tym problemu nie będzie. Bazylia, piment, pieprz, liść laurowy, szałwia…

- Dość, dość – powstrzymał go Jaskier. – wystarczy, mandragory w zupie nam nie potrzeba. Dobra, do roboty. Oczyść rybki, Milva.

- Sam je czyść! Patrzajta ich! Myślą, że jak mają niewiastę w kompanii, to im będzie przy kuchni harować! Przyniosę wody i ogień rozniecę. A z tymi piskorzami sami się paprzcie.

- To nie są piskorze – powiedział Regis. – To są klenie, płotki, jazgarze i podleszczyki.

- Ha – nie wytrzymał Jaskier. – Znasz się na rybach, jak widzę.

- Na wielu rzeczach się znam – przyznał wampir beznamiętnie, bez dumy w głosie. – Uczyłem się tego i owego.

- Jeśliś taki uczony – Milva jeszcze raz dmuchnęła w ogień, po czym wstała – to uczenie wypatrosz te rybięta. Ja po wodę pójdę.

- Dasz radę przynieść pełny kocioł? Geralt, pomóż jej!

- Dam radę – parsknęła Milva. – A jego pomocy nie trza mi. On ma własne, osobiste sprawy, nie lza mu przeszkadzać!

Geralt odwrócił głowę, udając, że nie słyszy. Jaskier i wampir sprawnie czyścili rybi drobiazg.

- Chuda będzie ta zupa – stwierdził Jaskier, wieszając kocioł nad ogniem. – Zdałaby się, jakaś większa rybka.

- Ta może być? – z wikliny nagle wyłonił się Cahir, niosąc za kark trzyfuntowego szczupaka, wciąż jeszcze prężącego ogon i poruszającego skrzelami.

- Oho! Ależ krasawiec! Skąd go wytrzasnąłeś, Nilfgaardczyku?

- Nie jestem Nilfgaardczykiem. Pochodzę z Vicovaro, a nazywam się Cahir…

- Dobrze, dobrze, już słyszeliśmy. Skąd masz szczukę, pytałem?

- Zmajstrowałem żerlicę. Jako przynęty użyłem żaby. Zarzuciłem w jamę pod brzegiem. Szczupak wziął z miejsca.

- Sami specjaliści – pokręcił obandażowaną głową Jaskier. – Szkoda, że nie zaproponowałem befsztyków, pewnie zaraz przynieśliby krowę. No, ale bierzmy się za to, co mamy. Regis, wszystkie małe rybki wal w kocioł, z głowami i ogonami. Szczukę zaś trzeba ładnie sprawić. Umiesz Nilf… Cahir?

- Umiem.

- Do dzieła zatem. Geralt, do jasnej cholery, długo masz zamiar tam siedzieć z obrażoną miną? Warzywa obierz!

Wiedźmin wstał posłusznie, dosiadł się, ale demonstracyjnie daleko od Cahira. Zanim jeszcze zdążył poskarżyć się, że nie ma noża, Nilfgaardczyk – czy też Vicovarczyk – podał mu swój, dobywając drugi z cholewy. Przyjął, wyburczawszy podziękowanie.

Wspólna praca szła składnie. Pełen rybiej drobnicy i warzyw kocioł wkrótce zabulgotał i zapienił się. Wampir zręcznie zebrał pianę wystruganą przez Milvę łyżką. Gdy Cahir sprawił i podzielił szczupaka, Jaskier wrzucił do kotła ogon, płetwy, kręgosłup i zębaty łeb drapieżnika, zamieszał.

- Mniam, mniam, ależ pachnie. Gdy się to wszystko wygotuje, odcedzimy śmieci.

- Przez onucę chyba – wykrzywiła się Milva, strugając kolejną łyżkę. – Jakże cedzić, gdy przetaka nie mamy?

- Ależ droga Milvo – uśmiechnął się Regis. – Tak nie można! To, czego nie mamy, z łatwością zastąpimy tym, co mamy. To wyłącznie kwestia inicjatywy i myślenia pozytywnego.

- Idź do biesa z twym uczonym gadaniem, wampirze.

- Przecedzimy przez moją kolczugę – powiedział Cahir. – Co tam, potem się ją wypłucze.

- Przedtem też się ją wypłucze – oświadczyła Milva. – Inaczej ja tej zupy jeść nie będę.

Cedzenie poszło sprawnie.

- Teraz wrzucaj do wywaru szczukę, Cahir – zarządził Jaskier. – Ależ zapach, mniam, mniam. Nie podrzucajcie już drewna, niech tylko mruga. Geralt, dokąd się pchasz z tą łyżką! Teraz się już nie miesza!

- Nie wrzeszcz. Nie wiedziałem.

- Niewiedza – uśmiechnął się Regis – nie stanowi usprawiedliwienia dla nieprzemyślanych działań. Gdy się nie wie, gdy ma się wątpliwości, dobrze jest zasięgnąć porady…

- Zamknij się, wampirze! – Geralt wstał i odwrócił się plecami. Jaskier parsknął.

- Obraził się, patrzcie go.

- On już taki jest – stwierdziła Milwa, wydymając wargi. – Gadacz. Jeśli nie wie, co czynić, gada jeno i obraża się. Jeszczeście tego nie wymiarkowali?

- Dawno – rzekł cicho Cahir.

- Dodać pieprzu – Jaskier oblizał łyżkę, zamlaskał. – Dodać jeszcze soli. Ach, teraz jest w sam raz. Zestawmy kocioł z ognia. Psiakrew, ale gorący! Nie mam rękawic…

- Ja mam – rzekł Cahir.

- A ja – Regis chwycił kocioł z drugiej strony – nie potrzebuję.

- Dobra – poeta wytarł łyżkę o spodnie. – No, kompania, dosiadać się. Smacznego! Geralt, czekasz na specjalne zaproszenie? Na herolda i fanfary?

Wszyscy ciasno obsiedli ustawiony na piasku kociołek i przez długi czas słychać było jedynie dystyngowane siorbanie, przerywane dmuchaniem w łyżki. Po zjedzeniu połowy wywaru rozpoczęło się ostrożne łowienie kawałków szczupaka, wreszcie łyżki drapnęły po dnie kociołka. (…)

Ten kociołek zupy to dzieło kooperacji. Efekt wspólnego działania grupy, drużyny zjednoczonej przez wspólny cel. (…)

- Kompania mi się trafiła – podjął Geralt, kręcąc głową. – Towarzysze broni! Drużyna bohaterów! Nic, tylko ręce załamać. Wierszokleta z lutnią. Dzikie i pyskate pół driady, pół baby. Wampir, któremu idzie na pięćdziesiąty krzyżyk. I cholerny Nilfgaardczyk, który upiera się, że nie jest Nilfgaardczykiem.

- A na czele drużyny wiedźmin, chory na wyrzuty sumienia, bezsiłę i niemożność podjęcia decyzji – dokończył spokojnie Regis. – Zaiste, proponuję podróżować incognito, by nie wzbudzać sensacji.

- I śmiechu – dodała Milva.”

Andrzej Sapkowski „Chrzest ognia”

Opis może jest nieco przydługi, ale tym razem nie chodziło o samo jedzenie, bo zbyt wykwintne to ono nie było, lecz raczej o sposób jego przyrządzenia. Nic tak nie łączy, jak wspólny kocioł i troska o to, co do niego włożyć. Nawet wiedźmin coś się jakby rozchmurzył.



czwartek, 27 września 2012, kolett

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: LaKret, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2012/09/27 20:31:30
Uwielbiam ten fragment to istne cudeńko